W Polsce powstaje system łączności awaryjnej, który ma działać nawet w przypadku katastrofy lub całkowitego braku infrastruktury sieciowej. Rozwiązanie nie wymaga ani internetu, ani tradycyjnych operatorów telekomunikacyjnych.
Wyobraź sobie: trzęsienie ziemi, wielka awaria, blackout albo coś jeszcze gorszego. Telefony milczą, internet nie istnieje, operatorzy są bezużyteczni. I właśnie w tym momencie polska firma chce powiedzieć: "spokojnie, mamy plan B". Sieć łączności awaryjnej działająca całkowicie poza tradycyjną infrastrukturą to pomysł, który brzmi jak scenariusz z filmu katastroficznego, a tymczasem dzieje się tu i teraz, w Polsce. Dla służb ratunkowych, samorządów czy wojska taki system mógłby być dosłownie kwestią życia i śmierci.
Tylko że diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Budowa niezależnej sieci komunikacyjnej to nie jest wtyczka, którą się po prostu wkłada do gniazdka. Pojawia się szereg pytań, na które nie znamy jeszcze odpowiedzi: jak duże obszary taki system rzeczywiście pokryje, ile urządzeń musi działać jednocześnie, żeby sieć w ogóle miała sens, i kto za to wszystko zapłaci? Historia technologii pełna jest "rewolucyjnych rozwiązań awaryjnych", które świetnie działały na pokazach, a potem kurzyły się w magazynach. Czy tym razem będzie inaczej?
To streszczenie zostało przygotowane przy pomocy narzędzi AI na podstawie źródła. Pełną treść znajdziesz w oryginalnym artykule.



Co o tym myślisz?
Zaloguj się, aby dołączyć do dyskusji.
Zaloguj się do dzis.ai
Komentuj, zachowaj swoją passę, dołącz do dyskusji.
G Kontynuuj z Google